Dostaję od pół roku zapytania od czytelników i znajomych na facebooku w tonie żartobliwym lub całkiem serio, czemu strona drewniakteatr.pl jest nieaktywna, z jakiego powodu nie piszę regularnie recenzji, nie biorę udziału w facebookowych debatach, nie zabieram głosu na temat kolejnych środowiskowych awantur i przede wszystkim dlaczego nie odpowiadam adwersarzom.
Mógłbym równie żartobliwie odpowiedzieć, że mi się po prostu nie chce albo że przestałem lubić ludzi teatru i nie zależy mi już na oglądaniu przedstawień. I że zawsze chciałem, żeby mi płacono za niepisanie. Co jest oczywiście nieprawdą.
Przedstawienia dalej kocham, oglądam wielu ludzi teatru i piszę teksty, za które nikt mi nie płaci.
Jednak prawdziwa odpowiedź, odpowiedź serio na pytanie o moją ciszę krytyczną ma podłoże ekonomiczne i mogłaby być głosem w sporze o tym, jak powinno być finansowane środowisko krytyczno-recenzenckie, co w naszej bieda-zawodowej aktywności jest przyjęte a co nie…
Posłuchajcie jakie są realia.
Bardzo zaciekawiło mnie raportowanie Katarzyny Niedurny sprzed bodaj trzech sezonów, ile w danym miesiącu zarobiła. Krytyczka pokazywała, jakie są stawki i na czym polega jej aktywność zawodowa. Nie zrobił się z tego na szczęście żaden trend, bo reszta recenzentów uznała, że jak pokaże własne zarobki to będzie wstyd. Nie dlatego, że zarabiają więcej, tylko dlatego, że często zarabiają mniej niż Niedurny.
Swego czasu na debacie środowiskowej w ramach Boskiej Komedii Alina Czyżewska zapytała w ramach prowokacji: niech teraz podniesie rękę do góry osoba, której dochód miesięczny wynosi mniej niż 3 000. Prowokacja polegała na tym, że na sali znajdowała się pokaźna reprezentacja dyrektorów polskich teatrów, reżyserów i krytyki. A Alina chciała pokazać dysproporcje w zarobkach i zyskach na rynku teatralnym, nierówność systemową w środowisku na linii młodzi/głodni vs tłuste koty. Podniosłem rękę do góry i zobaczyłem zdzwione spojrzenia widzów. I Aliny. Bo oprócz mnie zgłosili się tylko studenci. Jak dobrze, że Alina usytuowała tę sumę bliżej średniej krajowej bo gdyby powiedziała na przykład 2 000 zł, moja ręka także wyskoczyłaby w górę. Taki to był rok, takie to były smutne miesiące.
Niedawno na jednym z portali trwała ożywiona dyskusja oceniająca, czy Przemysław Gulda mógł iść na etat do Teatru Studio czy nie, dalej pozostając autorem instagramowych teatralnych poleceń. Rozumiem, że jest to kwestia niezależności dziennikarskiej, aktywności krytycznej na rynku, który bywa nie tylko rynkiem sztuki, ale i rynkiem pracy, przestrzenią na konkursy ofert i licytowaniem się na zasięgi i profesjonalizm. Zaczęły się dywagacje, czy teksty Guldy to naprawdę recenzje, jak zatrudnienie wpłynie na jego wiarygodność jako krytyka-polecacza i tak dalej, i tak dalej…
I mówiąc szczerze nie wiem, co o tym sądzić. Gulda wymyślił sobie taki rodzaj aktywności krytycznej, który z krytyką ma niewiele wspólnego. Jest tekstowym odhaczaniem kolejnych premier, pisaniem afirmujących haiku o nowych przedstawieniach. Gulda „poleca” już w tytule swojej rubryki i nie znam przypadku, kiedy czegoś „nie poleca”. Dzięki jego tekstom można dowiedzieć się, że pojawił się nowy spektakl i o czym zdaniem Guldy on jest. Jego wybitność lub niezdarność znajduje się najczęściej poza oceną autora. Skoro Gulda chwali wszystkich, powinien chwalić także realizacje z Teatru Studio, nawet jeśli widział je w ramach swoich obowiązków, w zakładzie pracy. Jego króciutkie teksty to takie zaświadczenia od lekarza o wykonanych badaniach, że recenzent stawił się na premierze, że oglądał i próbował nazwać to, co zobaczył. To czytelnicy winni zadecydować, czy chcą Guldę czytać czy nie. Przecież w tekstach dziennikarskich, reportażach i relacjach ten sam autor porzuca instagramową lakoniczność i pokazuje, jaki ma naprawdę warsztat. Pewnie etatowa praca w Studio przeszkodzi mu w napisaniu tekstu o mobbingu w tym lub innym teatrze, ale na instagrama wpływu mieć nie będzie.
Można zapytać, po co Guldzie ta niezręczność? I chyba mogę odpowiedzieć za niego. Ano z biedy. Z potrzeby minimalnej choćby stabilizacji życiowej. Z potrzeby uzyskania ubezpieczenia zdrowotnego. Etat to jest jednak etat. Na głodno fajnie się pisze, naprawdę fajnie, pamiętacie wczesne felietony Demirskiego i Strzępki?, ale niestety nie można być głodnym cały czas.
Kiedyś rzeczywiście krytycy mieli etaty w gazetach codziennych i tygodnikach. Dział recenzji był ważnym działem w gazetowej Kulturze. Na recenzję czekał redaktor prowadzący i redaktor naczelny pisma. Teksty o teatrze z Tygodnika Powszechnego czytywał nawet papież Wojtyła. W latach siedemdziesiątych przydzielano recenzentom służbowe auto z kierowcą, żeby komfortowo dotarli na spektakl wyjazdowy. Dziś etat ma chyba tylko Aneta Kyzioł, ale pisze w Polityce także o serialach i robi redaktorską robotę. Więc jest chyba bardziej dziennikarką, redaktorką o specjalizacji teatralnej niż recenzentką dawnego typu. Etaty mają jak mniemam redaktorzy z Dialogu, Didaskaliów i Teatru uaktywnieni ostatnio w sieci ze względu na kryzys papierowych wydawnictw. Nieznany jest mi status Witolda Mrozka (Wyborcza) i Jacka Cieślaka (Rzeczpospolita), ale to są chyba umowy zlecania lub połówki etatu.
A ja? Milczący od lutego? Co ze mną?
Uprawiam zawód krytyka gdzieś tak od 1994 roku czyli niedawno obchodziłem jubileusz trzydziestolecia pierwszej publikacji. Publikowałem – excusez le mot – dosłownie wszędzie. Nigdy nie miałem etatu, od studiów teatrologicznych na UJ funkcjonuję wyłącznie w ramach freelanserki. Nie odkładam dobrowolnie na ZUS, nie będę miał emerytury. Podpisuję tylko umowy o dzieło i umowy zlecenia.
Są to umowy na teksty, kuratorstwo, moderowanie dyskusji, nauczanie, redagowanie, „dramaturgowanie”.
Jak to wygląda w tym roku?
Nadal uczę w Akademii Teatralnej na umowę zlecenie dojeżdżając z Krakowa raz na dwa tygodnie, honorarium semestralne ledwie starcza na pokrycie kosztów biletów kolejowych i ewentualnie noclegu w Warszawie – na rękę dostaję chyba z 2 500 złotych. Za semestr. Za 30 godzin lekcyjnych. Uczę młodych reżyserów przez jeden semestr i teatrologów przez dwa. To sobie policzcie, ile to wychodzi na rok. W TOK FM wypowiadam się pro publico bono. W krakowskiej kapitule nagrody Wyspiańskiego zasiadam jak wszyscy jej członkowie na zasadach honorowych.
Tyle o filantropii, teraz będzie o zarobkach.
Jestem jurorem dwóch kilkudniowych przeglądów teatrów amatorskich – w Stalowej Woli i w Horyńcu Zdroju, ale moja obecność w tych gremiach zależy wyłącznie od dobrej woli organizatorów i moich wolnych terminów. Stawki za pracę jurorską (omówienia spektakli) wynoszą w granicach 4 000 zł.
Od 13 lat w ramach Festiwalu Szekspirowskiego kwalifikuję spektakle do finału konkursu o Złotego Yoricka (zwykle początek grudnia-koniec maja). Dostaję zwrot kosztów podróży, hotel i jednorazowe wynagrodzenie pofestiwalowe w wysokości circa about 12 000 zł
W tym roku – o szczęście niepojęte! – jeżdżę w ramach komisji Klasyki Żywej na warunkach takich jak wszyscy jej członkowie: opłacone podróże i noclegi plus 500 zł za napisaną recenzję.
Jestem od 4 lat jednym z 6 selekcjonerów Festiwalu Kontakt – każdy z nas ogląda 6-7 polskich spektakli do edycji, jedzie na jeden zagraniczny festiwal i głosuje w tabelce na najlepsze przedstawienia, które zostaną zaproszone do Torunia. Warunki takie same – 400 zł brutto za recenzję, nocleg i pociągi w ramach zwrotu.
Prowadziłem w tym roku spotkania w Opolu na festiwalu Klasyki (5 wieczorów), 3 rozmowy odbyłem na Festiwalu Szekspirowskim, 3 rozmowy na Festiwalu Kontakt (opieka nad współprowadzącymi studentami jak każdy z dostępnych selekcjonerów), mam zamówienia na 3 spotkania w Olsztynie w listopadzie, w tej chwili moderuję wypowiedzi reżyserów i dramatopisarzy przy Gdyńskiej Nagrodzie Dramaturgicznej. Stawki wahają się od 500 zł do 1000 brutto za jedną rozmowę.
Mogłem coś prowadzić na Boskiej Komedii, ale w tej chwili nie pamiętam co a nie chce mi się sprawdzać bo to w końcu artykuł a nie deklaracja PIT. Może debatę, może spotkanie po spektaklu?
Zaproszono mnie do 3 jury festiwalowych – w Koszalinie, Kaliszu i Zabrzu. Wynagrodzenia za średnio tygodniową pracę oscylują w tej niszy jurorskiej wokół 5 000 zł, często są niższe. No, ale takie jury to się nie trafia co roku…
Od 12 lat jestem częścią projektu Lata w Teatrze realizowanego przez dwa tygodnie początkiem lipca w Krakowie – najpierw w Teatrze Bagatela obecnie w Teatrze Ludowym. Jako dramaturg pomagam licealistom w napisaniu scenariusza (moja i ich praca zaczyna się 3 miesiące przed warsztatami), prowadzę codzienne wykłady dla uczestników, wymyślam temat każdego z wakacyjnych spektakli. Projekty mają profesjonalnego reżysera, choreografa, scenografkę, kierownika muzycznego. Bierze w nich udział ponad 50 osób – musimy pilnować, by wszystkie role były równe, by każdy kto chce miał szanse na monolog i piosenkę, nic więc dziwnego, że te młodzieżowe sceniczne opowieści stają się coraz bardziej monumentalne i trwają po 4 i pół godziny.
Pokłosiem artystycznego i pedagogicznego sukcesu tego krakowskiego projektu jest toruńskie Lato w Teatrze, pod koniec sierpnia nasz zespół realizatorów przenosi się do Horzycy i tam już z mniejszą bo 30 osobową grupą robimy inny spektakl. I tu też scenariusz piszą młode autorki i autorzy pod moją kuratelą. Reżyser i choreograf prowadzą zespół do premiery. Przygotowujemy uczestników do występu przez poprzedzające warsztaty cykle spotkań dramaturgicznych, aktorskich, muzycznych.
Jesteśmy już specjalistami od tego typu szybkiej pracy z młodzieżą, kończącej się profesjonalną premierą (13 dni prób 10-16). Nasze Lato w Teatrze ma zawsze charakter erudycyjny, uczestnik wychodzi z niego z konkretną wiedzą na temat epoki, bohaterów historycznych, teatru tamtego czasu.
Stawki za te letnie projekty są następujące – w Krakowie otrzymałem za swoją pracę 12 000 zł brutto (scenariusz na 118 stron, 4 trzygodzinne spotkania z autorami przed lipcem, online-y, wykłady, nadzór merytoryczny nad spektaklem). W Toruniu – około 6 000 zł za pracę podczas warsztatów i oddzielnie wynagradzane sześciogodzinne spotkania z dramaturżkami i uczestniczkami (scenariusz na 50 stron), w tym roku chyba było tych spotkań chyba 5, wynagradzanych sumą 1 000 zł netto każde.
Spektakle powstałe w ramach Lata w Teatrze są grane od 3-8 razy, głównie dla rodzin i przyjaciół uczestników warsztatów, czasem dla szkół, z minimalną ceną biletów.
Zważcie, że podaję sumy z tak zwanego dobrego roku, zwykle nie ma tylu propozycji jurorowania ani nie ma ministerialnej komisji.
Co jeszcze? Czasem wpadnie zamówienie na tekst do książki, tekst do programu spektaklu, prośba o pracę redaktorską przy jakimś wydawnictwie, odpłatna, ale niezależna w sądach relacja z festiwalu. Okazjonalnie mógłbym wykonać też dramaturgię do spektaklu zaprzyjaźnionego twórcy.
Korzystam z darmowych zaproszeń do teatrów, ale z założeniem, że w podzięce mogę napisać tekst o premierze, ale nie jest to oblig. Zrozumiem, kiedy polskim teatrom przestanie się to podobać.
Nie piszę o premierach zaprzyjaźnionych twórców i menedżerów, z którymi współpracuję, z którymi znam się za dobrze od lat lub mam związki rodzinne. Dlatego nie ma moich recenzji z ostatnich produkcji Łukasza Czuja, Bartosza Szydłowskiego, Dariusza Starczewskiego i nie oceniam pracy dyrektorskiej Renaty Derejczyk. Nie oglądam toruńskich premier. Wyłączam się z opisywania produkcji Teatru Horzycy w Klasyce Żywej, nie piszę recenzji spektakli Sztuki na Wynos, od lat na wszelki wypadek nie napisałem nic o Teatrze Ludowym. A teraz pewnie do listy dołączy Teatr w Legnicy. Nie oceniam innych festiwali. Jeśli o nich mówię, to tylko afirmatywnie. Łukaszowi Czujowi robię awantury prywatnie i całkowicie nieodpłatnie.
W przeszłości byłem recenzentem Przekroju, Dziennika Gazety Prawnej, przez chwilę Gazety Wyborczej i Dziennika Polskiego. Płacono mi tylko za teksty, bez ryczałtu. I też stawki były w granicach 300-500 zł brutto. Wymyśliłem Didaskalia, publikowałem w Dialogu i w Teatrze. Pracowałem w TVP Kultura do końca 2015 roku jako prezenter programów o teatrze, przyszedł PIS i współpraca typu umowa-zlecenie się skończyła. Nie pamiętam już stawek, ale chyba nie przekraczały 1200 zł za program. Byłem kuratorem i autorem debat w Teatrze Starym w Lubinie. Jedną rozmowę z zaproszonymi gośćmi (maksimum 2 w miesiącu) wyceniano na 1 000 zł. Prowadziłem też w Lublinie omówienia spektakli po ich prezentacji – z udziałem aktorów i widzów. Tu stawka wynosiła nieco mniej bo 800 zł. Przyszedł nowy dyrektor i pożegnaliśmy się.
Przez dwanaście lat regularnego cotygodniowego pisania na teatralnym.pl otrzymywałem honoriarium w wysokości 300 zł za tekst, płatne z rocznym wyprzedzeniem, nie pamiętam już czy była to kwota brutto czy netto. Wypłata nie zależała od długości tekstu. Nigdy nie dostałem podwyżki. Na pewno moje zarobki w teatralnym.pl nie były uzależniona od klikalności, redaktor Knychalska ani razu nie podzieliła się ze mną przez te 12 lat współpracy i przyjaźni żadnymi statystykami czytelnictwa moich tekstów, traktując je jako tak zwane dane wrażliwe.
Doświadczenie trzymiesięcznej aktywności krytycznej z własną stroną pokazało, że samoprowadzenie jej – czyli pisanie, redagowanie, promowanie na fb zajmuje mi dziennie około 6 godzin. Chciałem pisać jak najczęściej, pokazać, że dla działalności takiego teatralnego bloga nie trzeba wielkiej redakcji i ogromnych nakładów finansowych. Rzeczywiście nie trzeba. Pod warunkiem, że jak to mówią jest się bogatym z domu, ma się stałą, dobrze płatną pracę i żadnej rodziny z wydatkami w tle. I przeogromnie chce się dzielić z czytelnikami swoimi słusznymi opiniami o wszystkim.
Przez te osiem miesięcy milczenia w Kołonotatniku uzbierały mi się tony niepublikowanych recenzji wewnętrznych, pisanych dla innych podmiotów. Sterty bitowe notatek z wizyt na premierze, szkice polemik, które skonfliktowałby mnie już z naprawdę wszystkimi ludźmi w środowisku. Jakoś głupio mi je teraz przerabiać na kolejną tym razem Kołonotatnikową wypowiedź, ale z drugiej strony upominają się o swoje fajne i mało opisywane realizacje.
Oczywiście – chcę wrócić. Wracam tym tekstem. Status chwilowo milczącego krytyka nie trwa wiecznie. Trzeba się z kimś co jakiś czas boksować albo przetestować nową formułę pisania o teatrze. Krytyka, jaką uprawiałem jeszcze 8 miesięcy temu, była wstrzeliwaniem się w lukę między innymi moimi aktywnościami okołoteatralnymi, które raz są – raz ich nie ma a i tak za chwilę się skończą.
Po co się tak szarpać, zapytacie? Rozkminiać, jak uprawiać dziś krytykę w czasach odpornych na krytykę? Przecież można iść do innej pracy, znaleźć sobie etatowe pozateatralne zajęcie, nawet na uniwersytecie. Tylko ten gest de facto wyklucza z bieżącego pozaweekendowego oglądania teatru. Nie pojedziesz nigdzie bo musisz iść do pracy, zrobić coś w ramach etatu. Urlopu na festiwale nie możesz brać wiecznie. Zostajesz przykuty do miasta, do regionu, kończy się iluzja trzymania ręki na pulsie polskiego teatru. Jeszcze tak da się być krytykiem ale recenzentem już nie.
Prawda jest taka: nikt w tym kraju nie przeżyje tylko z pisania o teatrze. Żeby pisać o teatrze, trzeba go oglądać. Żeby go uczciwie oglądać, należy robić dziesiątki rzeczy wokółteatralnych, które to oglądanie umożliwiają.
Krytyk z racji oglądania spektakli zyskuje poza pisaniem wiele innych kompetencji, które są do wykorzystania przez teatr. I są wykorzystywane. Powstaje pytanie, jak to pogodzić z działalnością recenzencką? Może jest problem, może go nie ma.
Jednym z możliwych rozwiązań jest takie, w którym wszyscy dajemy sobie wolność. Nie mam nic przeciwko temu, żeby Jan Klata czy Grzegorz Jarzyna pisali recenzje ze swoich własnych przedstawień. Profesor Weronika Szczawińska zawsze było od tego o krok. Zuzanna Berendt pisze recenzje i publikuje w Dialogu teksty zakwalifikowane jako dramatyczne. Marzy mi się, żeby dramatopisarze mogli na piśmie oceniać teksty innych dramatopisarzy i dzielić się tymi opiniami z całą teatralną bańką. Skoro krytycy od lat okładają się cegłami w tekstach, czemu nie mieliby tego robić aktorzy i dyrektorzy po premierze? Już to robią tylko pod kamuflażem komentarza na fb. W końcu żyjemy w erze spektakularnych sportów walk mieszanych na arenach wszelakich.
Obecnie stoję na stanowisku, że pisanie blogowe o teatrze, pisanie za własne pieniądze albo pisanie bez pieniędzy nie podlega restrykcjom, którym podlegałoby w sytuacji zatrudnienia etatowego w funkcji recenzenta. Internet daje wolność – piszmy, o czym chcemy i jak chcemy. Czytelnik z reguły wie, kim jesteśmy. Nie ma przymusu lektury. Zajrzy na stronę lub nie zajrzy.
Przymus ekonomiczny dotykający piszącego i jego przemożna chęć pozostania w zawodzie zawsze będą ze sobą w jakimś stopniu kolidowały. Dlatego dziś każdy sam decyduje, czy teraz napisze portret innego twórcy czy może scenariusz widowiska eventowego lub repertuarowego. Każdy sam wyznacza sobie tylko tematy tabu, twórców i instytucje, których nie opisuje z powodu zbyt bliskich związków prywatnych lub zawodowych. Michał Centkowski w swoich słynnych recenzjach sprzed paru lat chwalił publicznie i po nazwisku scenografię autorstwa osoby, z którą jest w wieloletnim związku i świat się nie rozpadł na kawałki. Bliska osoba pewnie była szczęśliwa. Pośmialiśmy się (off the record) z dezynwoltury krytyka i żyjemy dalej.
Katarzyna Niedurny kilka lat temu w sporze o możliwość godzenia przez Witolda Mrozka funkcji dramaturga z funkcją krytyka, napisała, że w Hiszpanii takie dublety są na porządku dziennym i „daje to wspaniałe i ekscytujące rezultaty”. Spodobała mi się ta opinia i jej się chwilowo trzymam.
Wybaczcie drodzy czytelnicy, ale przez następne miesiące będę po obu stronach barykady.





Twoje konstatacje Łukaszu to czysta prawda. Procesy (i sytuacje) opisywane przez Ciebie ujawniały się już wiele lat temu. I to jest opowieść nie tyle o krytyce (recenzenctwie) co o teatrze. Teatr – a raczej jego twórcy i wykonawcy – postawili sobie zupełnie inne cele niż te, jakie były w czasie kiedyśmy się poznali. Jest czas teatru i czas bezteatru. Pozdrawiam. Krzysztof