Dowiedziałem się, że jeden z moich krakowskich kolegów krytyków zaraz założy teatralnego bloga. Cieszę się i czekam na premierę strony. Tak się złożyło, że wiadomość tę otrzymałem przed przedstawieniem Luka Percevala. Ukłoniłem się koledze krytykowi i usiadłem na swoim miejscu, dwa rzędy dalej. Zaczął się spektakl. Jakież było moje zdumienie, gdy zobaczyłem, że kolega wychodzi po 45 minutach. Chory? Wkurzony?
Pożartowałem sobie z niego w duchu, bo co teraz napisze na bloga, ale po dwóch godzinach i trzydziestu minutach mina mi zrzedła. Bo kolega po 45 minutach już wiedział, że nie będzie happy endu, że spektakl już nie wyjdzie z dołka, w który wpadł. Niby ja też wiedziałem, ale na miejscu trzymała mnie nadzieja: a nuż się coś stanie, coś pęknie i ruszy? Może finał wszystko oświetli inaczej i to co było nudne i niezrozumiałe nagle samo się objaśni i do teatralnego nieba poleci. Kolega od zapowiadanego bloga nadziei nie miał i wyszedł. Wyszedł i pewnie poczuł ulgę. Wyszedł, bo zaprotestował. Wyszedł, bo chyba kocha Zolę i nie lubi, jak mu ważne zdania wypadają.
Nie mam w sobie takiej odwagi do wydania ostatecznego wyroku na spektakl po pół godzinie, trzech kwadransach, godzinie scenicznej akcji. Do końca nieudanych spektakli trzyma mnie obowiązek recenzencki. Bo to tak jak wyjść z meczu Barcelony, gdy przegrywa 4:2 i jest kwadrans do gwizdka sędziego. Wyjdziesz i nadasz korespondencję o blamażu Blugrany a tymczasem w doliczonym czasie jest 5:4 dla drużyny Lewandowskiego. Trzeba siedzieć i oglądać do samego finału. Choćby nie wiem jak bolało.
Najbardziej zdesperowani i etyczni widzowie wybierają wtedy zbawczy sen. Jan Peszek pokazywał mi kiedyś z okazji pracy w jednym jury 4 sposoby spania w fotelu.
Na ptaszka – głowa opada ci w dół a ty ją stale podrywasz udając, że nic ci nie opadło.
Na braciszka – kładziesz głowę na ramieniu sąsiada z prawej lub lewej strony. Dość ryzykowne jeśli przyszedłeś sam do teatru.
Na popielniczkę – czyli odchylasz głowę w tył, za oparcie fotela i śpisz z otwartymi ustami. Peszek opowiadał, że w czasie studiów koledzy śpiącego studenta aktorstwa strzepywali w tym momencie popiół z papierosów prosto do ust delikwenta.
Na krytyka z programem – walczący ze snem trzyma w dłoniach program teatralny, kiedy zasypia, to program wypada mu z poluźnionego uchwytu palców. Przy dużych i grubych programach (patrz książeczka Teatru Narodowego w Warszawie) wydawnictwo upada na podłogę i ten odgłos budzi krytyka. Schyla się po niego i tym samym zażywa ruchu. Ruch odgania sen. Dopuszczalne są warianty z portfelem i szklaną butelką w dłoniach śpiącego.

Wracając do kolegi od bloga. Wyszedł z Percevala, więc pewnie nie napisze. Krytycy równie eskapistyczni aczkolwiek nie wychodzący ze złego spektaklu tylko śpiący na nim, mogą z powodzeniem spłodzić recenzję. Przecież nawet mając zamknięte oczy – dalej słuchają spektaklu. Ja w takich przypadkach – przyłapania na niepatrzeniu – tłumaczę się, że zamknąłem oczy, bo skupiam się na fonosferze widowiska. Intonacjach aktorów, dźwiękach z offu. Jan Kott podobno często zasypiał w teatrze. Tego kolegę od bloga spytał nawet: A co się panu śni w teatrze? Kolega był wtedy młody i niedoświadczony, więc odpowiedział, że on w teatrze jest w pracy a w pracy to się nie śpi. Jak się śpi w teatrze, to trochę tak jakby się z niego wyszło, tylko że do wewnątrz. Przez te drzwi w głowie.
Od kilku lat analizuję ze studentami na Akademii Teatralnej fenomenalny tekst Katarzyny Niedurny Epizod z życia opublikowany w „Dwutygodniku” i poświęcony przedstawieniu Marcusa Ohrna. Krytyczka świadomie łamie w nim trzy podstawowe zasady recenzenckie:
1.
Pisze o spektaklu, którego nie widziała do końca, bo wyszła w przerwie.
2.
Ona sama, jej reakcje, przeszłość, światopogląd, ciało i świadomość są ważniejsze niż spektakl, który miała opisać.
3.
Zamiast próbować zrozumieć i wytłumaczyć intencje twórcy pokazuje to, co Ohrnowi wyszło jakby przypadkiem i obróciło się przeciwko niemu, zaważyło na przekazie.
Prywatny atak paniki staje się kluczem do analizy tego, co doświadcza widz w teatrze szwedzkiego reżysera, Niedurny demaskuje spektakl o przemocy wobec kobiet jako spektakl powtarzający przemocowe strategie. Nie rekonstruuje tego, czego nie widziała w drugiej części, wypełnia ją własnymi doświadczeniami i porównaniami z innymi, tym razem już kobiecymi performansami o gwałcie, upokorzeniu, wykluczeniu. Opisując siebie, opisuje problem. Opuszczenie sali teatralnej jest protestem nie krytyczki, ale kobiety, która żyje w tej krytyczce.
Recenzja zrodzona z błędu i słabości staje się manifestem, autorka doprowadza własną widzowską i krytyczną empatię wobec bohaterek i performerek do punktu granicznego. Dalej jest już tylko zerwanie spektaklu.
A więc można pisać z niewidzianego? Można? Można. Zależy tylko, czy to ma być recenzja czy literatura. Relacja czy sprawa.
Na początku lat dziewięćdziesiątych Maciej Nowak wydawca Gońca Teatralnego, pierwszego i ostatniego w dziejach Polski tygodnika o teatrze, narzekał, że pewien krytyk-amator zasypuje go recenzjami z nieistniejących przedstawień. Skoro Lem pisał recenzje z książek, których nie było, które wymyślił i poddał krytyce, bo nie chciało mu się, nie umiał zrealizować jakiegoś pomysłu (Wielkość urojona. Próżnia doskonała), ów krytyk-amator założył, że zrobi to samo z przedstawieniami i dopisywał nieznane tytuły do biografii scenicznej Jarockiego, Wajdy, Grzegorzewskiego. Nowak odpowiedział mu tak: Ale Pan nie jest Lemem.
Krytyka spektaklu nieodoglądanego do końca jest jakąś pochodną pisania o spektaklu nieistniejącym. Piszący o przedstawieniu obejrzanym do połowy, pisze o czymś, co nigdy nie było zamierzone, nie miało trwać tylko do połowy i nie zaistniało dla nikogo innego, poza tym krytykiem, który wyszedł.
Mam dla kolegi krytyka od nowego bloga pomysł do odstąpienia za 5 złotych. A może powinien sformatować blog pod swoje wychodzenie z teatru? Bo to był nie pierwszy raz! Mamy tu do czynienia z pewną recydywą. Regularną recydywą. Dlatego doradzam, aby stworzył lakoniczną formę recenzji, jeszcze bardziej minimalistyczną niż instagramowa poezja teatralna Przemysława Guldy. I zaczął podawać w niej nie tylko dokładny czas opuszczenia widowni, ale i jak sposób, w jaki to opuszczenie się dokonało.
Mogłoby to wyglądać na przykład tak (skupiam się na spektaklach Narodowego Starego Teatru, żeby pozostać w percevalowskim klimacie):
Seks, hajs i głód: Wyszedłem po 45 minutach. Bo już wszystko widziałem i wszystko wiedziałem. To nie jest Zola.
Niemęski: Pół godziny. Tyle dla akuratnego cieleśnie i uczuciowo mężczyzny trwa osiem minut.
Baśń o wężowym sercu: W 25 minucie komuś na widowni zadzwonił telefon, udałem, że to do mnie i opuściłem salę.
Boa: Spektakl o ruchu. Ruszali się przy mnie przez dwadzieścia minut, ja w drodze rewanżu tyle samo wracałem do domu.
Nieustraszona Eve Adams: Kwadrans akademicki.
Opera za trzy grosze: Podobno pierwsze dziesięć minut spektaklu to nauka, przyswajanie języka czyli alfabetu konwencji scenicznej. W dziesiątej minucie byli przy literze Z. Jako, że nie ma żadnych dalszych liter, poszedłem do domu.
Ziemia jest płaska: 5 minut! Dłużej niż oglądanie zajęło mi zostawianie i odbieranie płaszcza w szatni.
Mała Apokalipsa 20XX: Powiedziałem na głos – liczę do trzech i wychodzę. Wyszedłem bo aktorzy jeszcze nie wyszli.
Życie instrukcja obsługi: To jest tak niedobre, że zamiast wyjść od razu, w ogóle nie poszedłem.
Można tak w nieskończoność. Podejrzewam, że przy dużej kreatywności autora blog szybko zyska status kultowy. W końcu wszyscy będziemy się ekscytować biciem rekordu długości lub krótkości przebywania krytyka na spektaklu. Będziemy sprawdzać, czy zdarzy się kiedyś przedstawienie, z którego autor nie wyszedł. Może wtedy, gdy nie wyjdzie, to go nie opisze? I nie będzie większego komplementu dla twórców tego dzieła.
A tak poważnie, powodzenia z blogiem! Niech się strony same autorze, otwierają!





Szanowny Panie Łukaszu, z dużą przyjemnością przeczytałem pański felieton. Jest coś na rzeczy. Wychodzenie z teatru jest problemem. Dla mnie też. Wprawdzie nie zajmuję się krytyką ani nie piszę recenzji, jednakowoż jestem jednak zawodowo związany z teatrem. I cóż? Zdarza mi się wychodzić. Fakt, że nieczęsto ale się zdarza. Przeważnie w przerwie, żeby nie robić „wiochy”, ale i tak mi trochę wstyd. Jednakże czasami nie jestem w stanie oglądać spektaklu dłużej. Jakoś tam wstydzę siedzieć na widowni i niejako uczestniczyć w danym wydarzeniu. No i rozterki… etyczne to wychodzenie, czy też nieetyczne? Przecież intencją twórców nie było znęcanie się nad kimkolwiek, a wyszło jak wyszło, bywa…